sobota, 27 kwietnia 2013

#2. Niall cz.1


[I.T.W]- imię twojego wroga

Jeszcze tylko jedna dostawa i do domciu. Gdy zaczynałam pracę w tej pizzeri ten zapach mnie uwodził. Żałowałam tylko, że nie przydzielono mnie do kuchni. Jednak z czasem, ten zapach mnie wkurzał. Miałam go serdecznie dosyć. To było zwykłe obrzydlistwo. No cóż, trzeba było jakoś zarobić.
-[T.I], twoja pizza!- usłyszałam głos mojej koleżanki z pracy.
-ok, ale możesz ją sobie wziąć. Jak na razie nie jestem głodna.- poprawiłam się na krześle przy barze i oparłam się ręką o blat.
-Zawsze zabawna [T.I]. Będzie cię tu brakowało.-uśmiechnęła się zadziorczo, obracając się plecami do mnie zarzuciła włosami i ruszyła na przód.
-Zawsze jędzowata i wkurzająca [I.T.W]. Pff.. oby ciebie prędzej tu nie brakło.-mówiłam wkurzona pod nosem w obawie, że ktoś mnie usłyszy. Jeszcze by mi tego brakowało.
Wstałam z krzesła, poprawiłam się i wzięłam pudełko. Na szczęście była przyklejona karteczka z ulicą. Kamień spadł mi z serca. Nie wiele brakowało, a bym musiała odezwać się do tej żmii.
Wyszłam na zewnątrz, niebo było pochmurne, miałam nadzieję, że nie będzie padać. Siadłam na firmowy rower, w firmowym ubranku i z firmową pizzą. Jak ja tego nienawidziłam.
-"Nasza firma ma być ekologiczna"- często papugowałam naszego szefa, gdy to mówił. To jest jedno wielkie kłamstwo. Jak widzę, jak robią nasze pizzy, choć nic nie mam do nich. Po prostu ile chemii muszą dodawać do ciasta i nie tylko, żeby było "super". Ten dzisiejszy schow-biznes. Na wierzchu jest najlepszy a w środku suprise! Gdyby, ktoś był uczciwy nie zaszedł by za daleko. Zniszczyli by go. W końcu każdy musi iść na własną rękę...
Ułożyłam się wygodnie, bo nie ma nic gorszego jak jazda ulicą takim pojazdem i w takim ubraniu, z czego już jest wielkie pośmiewisko, a tu na dodatek wrzynająca się bluzka. Zaczęłam przebierać nogami. Z czasem miałam mniej drogi do pokonania. Sam Londyn znałam już bardzo dobrze, mieszkałam tam już od roku.
Po chwili zajechałam na ulice gdzie miałam dostarczyć zamówienie. Odszukałam adres z karteczki.
-To chyba tu-przed moimi błyszczącymi oczami stał albo nawet stała, willa. Biała, wielka willa. Przyznam, zrobiła nam nie wrażenie, wliczając fakt, że takiej nie mam i raczej nie będę miała. Tym bardziej pracując w tej pizzeri. Postawiłam rower na chodniku. Zapukałam do drzwi i czekałam cierpliwie. Nie stałam długo, po krótkim czasie otworzył jakiś o średnim wzroście blondyn. Był bardzo przystojny, a szczególnie uwiodły mnie jego nieziemsko, niebieskie tęczówki.
-Przywiozłam pizzę, na zamówienie.- przypomniałam sobie, że on tu stoi i czeka na jedzenie. A ja tu się wpatruję w jego urodę.
-Dziękuję, ile płacę?-zapytał, po czym wychylił w bok wyciągając głowę, by lepiej dojrzeć.- Czy to...-niepewnie zaczął, w końcu pokazał palcem na ulice. Oglądnęłam się, chcąc zobaczyć, o co mu chodzi.
-Hej! To mój rower! Stójcie!- wybiegłam na chodnik, krzycząc za grupką chłopaków uciekających z firmowym rowerem. Jacyś gówniarze ukradli mi rower!
Złapałam się za głowę i usiadłam na schodku, kompletnie zapominając o tym chłopaku. Nie wiedziałam co zrobić, gdy nagle przy moim boku usiadł niebieskooki blondyn.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz